Celem zarządzania ryzykiem korporacyjnym nie jest budowanie awersji do ryzyka. Organizacje rozumiejące i wykorzystujące ryzyko, mogą bezpiecznie przełknąć go więcej, niż pozostałe firmy z branży.
Kategorie: Wszystkie | Koncepcje | Polemika | Rynek
RSS
czwartek, 18 lutego 2010
"Obchodzi mnie tyle, co zeszloroczny śnieg ..."
To powiedzenie niebawem może diametralnie zmienić swoje dotychczasowe znaczenie. Zeszłoroczny (i tegoroczny) śnieg zalega niczym hałdy węglowe prawie wszędzie, również w miastach, bez specjalnego pomyślunku. Bo przecież w końcu się stopi i go nie będzie ...



Zarządzanie ryzykiem polega na antycypacji tego co może się stać i takie manewrowanie rzeczywistością, żeby nie stało się coś niedobrego. Co może się stać ze śniegiem ? Na przykład może zamienić się w wodę. Jeśli to nastąpi szybko - jak się prognozuje na przełomie marca i kwietnia, będą tego tysiące hektolitrów wody, których nie będzie w stanie przejąć żadna rynna, żadna studzienka odpływowa, żaden kanał czy żaden trawnik, na którym dzić spoczywa kilka(dziesiąt ?)  ton uśpionej powodzi.

Jeśli jesteś właścicielem nieruchomości spoczywającej w zagłębieniu, w pobliżu wielkiego parkingu nachylonego w kierunku budynku, wielkiego trawnika - pomyśl już dziś jak pozbyć się śniegu. Najlepiej chyba załadować go na ciężarówkę i zawieźć tam, gdzie swobodnie i bez szkody może sie topić. Niestety nie nad rzekę - jak się okazuje, minimalna odległość od rzek, jezior, czy innych cieków wodnych dla składowania śniegu wynosi 50 metrów. Możesz oczywiście tego nie zrobić - wtedy za dwa miesiące ustawisz się w kolejce do ubezpieczyciela, razem z tysiącami innych osób pozbawionych wyobraźni i lamentujących nad "nieprzywidywalnymi siłami natury".

Siły natury w dużym stopniu są przewidywalne. Śnieg na pewno stopnieje. Anglosasi użyliby tu zwrotu "you have been warned".

12:10, rudnicki.com.pl , Polemika
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 lutego 2010
Chciwość zaślepia, gangrena trawi ...

Już w zeszłym roku sygnalizowałem, że społeczność risk managerów niepokoi się rolą, jaką agencje ratingowe - Standard&Poor's, Moody's, A.M. Best i podobne - odegrały w nakręceniu kryzysu finansowego w roku 2008.

Prawda ujawniona niedawo przez Erica Kolchinsky, dyrektora zarządzającego w Moody's ratingami dla niechlubnych już instrumentów związanych z kredytami sub-prime (asste-backed collaterised debt obligations) pokazuje, że jest gorzej niż mogłoby się wydawać i gangrena od dawna już trawi układ nerwowy firm ratingowych.

Na łamach StrategicRisk Kolchinky wspomina jak to było w Moody's - zbyt dużo instrumentów podlegających ratingom (ponad 137 tys) i zbyt mało pracowników do sumiennego wykonania tego zadania. Zbyt duży wpływ menedżerów liniowych, prących na sprzedaż i wynik, a zbyt mały (praktycznie nikły) wpływ analityków na wynik ratingu. Metodologie i modele wykorzystywane przez agencje ratingowe były nierealistyczne i ryzykowne, i nigdy nie były weryfikowane gdyby miało to skutkować utratą przychodów (a więc odebraniem klientowi lub pogorszeniem ratingu). Kolchinsky nawet stwierdził, że na dobrą sprawę niektóre ratingi nie były weryfikowane przez lata.

Na to nakłada się choroba systemowa: było sporo  motywatorów skłaniających agencje ratingowe do utrzymania lub podwyższenia ratingu, nie było żadnych do wycofania lub obniżenia ratingów. Większość transakcji była tak skonstruowana, że zaangażowane w nią firmy zarabiały na dojściu transakcji do skutku, a nie na jej bezpieczeństwie czy rzetelnej ocenie. Kolchinsky twierdzi, że de facto agencje ratingowe nie mogły powiedzieć "nie". Ten fundamentalny konflikt interesów (brak ratingu dla instrumentu to brak dochodów dla agencji) był katalizatorem kryzysu finansowego. Obraz łudząco podobny do tego, jaki wyłania się z opowieści innego whistleblowera - Paula Moore z brytyjskiego banku HBOS.

W roku 2009 Eric Kolchinsky pisemnie ostrzegł osoby zarządzające Moody's o wewnętrznych słabościach i szkodliwości sposobu przyznawania ratingu. W odpowiedzi został zawieszony - reakcja była identyczna jak w wypadku Paula Moore. Chciwość zaślepia.

Z perspektywy swoich doświadczeń, Kolchinsky jest zdania, że instrumenty bazujące na kredytach sub-prime są "toksyczne" i powinno się ich zaniechać. Jednak one nadal istnieją, a co gorsze - nadal otrzymują ratingi. Agencje ratingowe działają nadal tak samo - presja na obrót, czyli ilość a nie jakość przyznanych ratingów, wciąż słaba metodyka, większa konkurencja agencji o kurczący się rynek, zawyżane ratingi. Żaden z problemów strukturalnych, które zdecydowały o roli agencji ratingowych w powstaniu kryzysu finansowego, nie został rozwiązany.

Ustawodawcy i regulatorzy amerykańscy już przymierzają się do uregulowania i gruntownych zmian na tym rynku. Być może należałoby ujednolicić analityczne metody, algorytmy i standardy przyznawania ratingu. Były pomysły, żeby funkcję agencji ratingowych przejął regulator, który jednak nie pali się do tego. Są propozycje, aby za rating płacili nie oceniani, lecz inwestorzy, jednak nie rozwiąże to problemu oceny toksycznych instrumentów, bo banki są jednocześnie ich twórcami i inwestorami.

Z perspektywy miesięcy, jakie upłynęły od mojego pierwszego tekstu na ten temat nadal uważam, że dobrym rozwiązaniem byłoby utworzenie funduszy zasilanych przez stowarzyszenia branżowe (np banków, firm motoryzacyjnych, farmaceutycznych itp), z których wynagradzane byłyby agencje przyznające ratingi firmom z danej branży. Każda firma członkowska mogłaby wykupić np pakiet 4 ratingów rocznie i za taki zapłacić funduszowi. Fundusz zleciłby agencji - uwaga: wbranej przez siebie - wykonanie ratingu i płaciłby za zadanie, niezależnie od wyniku ratingu. Oceniana firma musiałaby się pogodzić z ratingiem, bo nie byłaby klientem agencji ratingowej a pieniążki na rating zostały wydane już znacznie wcześniej ...


10:33, rudnicki.com.pl , Polemika
Link Dodaj komentarz »
Creative Commons License
Rudnicki

View Rafał Rudnicki's profile on LinkedIn